Dla rodziców

„Wyżej niż kosz”

Od jakiegoś czasu coraz uważniej patrzę na to, jak dzieci korzystają z ekranów. Pewnie dlatego, że moja córka ma już dziesięć lat i właśnie zaczyna wchodzić w ten internetowy świat. A ja, jako rodzic, trochę się temu przyglądam, trochę czytam, trochę słucham różnych rozmów i podcastów, trochę rozmawiam z innymi rodzicami. I im mocniej zgłębiam ten temat, tym częściej łapię się na tym, że robi mi się zwyczajnie nieswojo.

Bo prawda jest taka, że to my, dorośli, urządziliśmy dzieciom internet. Najpierw dla siebie stworzyliśmy media społecznościowe, aplikacje, cały ten cyfrowy świat. A potem wpuściliśmy w to dzieci. Często za wcześnie, czasem bez większego przygotowania albo z nadzieją, że „jakoś to będzie”. Jakoś? Czyli jak?

Wystarczy chwilę się temu przyjrzeć, żeby dostrzec, jak bardzo ekrany potrafią wciągnąć dzieci – szczególnie media społecznościowe. Coraz częściej widać też, jak ten świat wpływa na to, jak dzieci myślą o sobie, jak patrzą na swoje ciało i jak budują relacje z innymi. I jak bardzo potrafią je… od siebie oddzielić. Paradoks polega na tym, że dzieci niby są cały czas połączone z innymi, a jednocześnie coraz częściej bywają w tym wszystkim bardzo samotne.

I właśnie dlatego tak bardzo cenię wszystkie inicjatywy, które pokazują dzieciom, że życie nie kończy się na ekranie. Że jest jeszcze boisko, rower, spacer, śmiech, zadyszka i kolana ubrudzone trawą. I właśnie dlatego książka „Wyżej niż kosz. Jak odciągnąć dzieci od ekranów i pokazać im, że warto marzyć” Marcina Gortata i Krystyny Romanowskiej tak bardzo do mnie trafiła.

Rady proste do zastosowania od zaraz

„Wyżej niż kosz” to nie jest poradnik z tych, które zasypują czytelnika statystykami, wykresami i mądrymi słowami z przypisami na dole strony. Nie ma tu naukowego tonu ani poczucia, że właśnie trafiliśmy na wykład o wychowaniu dzieci w XXI wieku. A jednocześnie, co ważne, nie jest to też lanie wody i powtarzanie banałów w stylu „ruch to zdrowie”.

Są tu konkretne wskazówki, czasem w punktach, ale za nimi stoi coś dużo cenniejszego: życie. Historie dzieci, historie rodziców, sytuacje, które brzmią bardzo znajomo. Takie, przy których człowiek czyta i myśli: „no tak, u nas w domu wygląda to dokładnie tak samo”.

Nie ma tu pomysłów z kosmosu ani rad dla rodzin, które mają trzy godziny dziennie na wspólne treningi i nieograniczone pokłady energii. Są rzeczy zwyczajne, możliwe do wprowadzenia w normalnym domu, między szkołą, pracą, kolacją i wieczornym zmęczeniem. Takie małe pomysły, które nagle okazują się całkiem dużą zmianą.

Rodzina to drużyna

Bardzo mocno wybrzmiewa tu też myśl, która szczególnie do mnie trafia: rodzina to drużyna. Jeśli chcemy, żeby dzieci zmieniły swoje nawyki, my – dorośli – też musimy stanąć do gry. Nie da się przecież przekonywać dziecka do ruchu, siedząc z telefonem w ręku. Nie da się mówić o ograniczaniu ekranów, jeśli sami z nich nie schodzimy.

W tej książce jest dużo o wspólnym działaniu. O tym, że ruch nie musi oznaczać od razu profesjonalnych treningów, wielkich planów i sportowych ambicji. Czasem zaczyna się od rzeczy bardzo prostych: wspólnego spaceru, wycieczki rowerowej, zabawy na boisku, wyścigu do rogu ulicy albo spontanicznych dziesięciu podskoków w środku dnia.

Jest tu też, a nawet przede wszystkim, ważna lekcja o sporcie samym w sobie. Bo sport to nie tylko wygrane, medale i sukcesy. To także porażki, próby, powroty po nieudanych zagraniach i cierpliwość. To właśnie tam buduje się wytrwałość, odpowiedzialność i odporność na trudności. Czyli rzeczy, które przydają się dzieciom dużo bardziej niż perfekcyjny rzut do kosza.

Fundamenty zdrowego życia

Dużą wartością tej książki są też głosy innych osób. Pojawiają się tu wypowiedzi znanych sportowców i trenerów, którzy opowiadają o swojej drodze, o pierwszych treningach, o momentach zwątpienia i o tym, jak ważną rolę w ich życiu odegrał ruch. Są rozmowy ze specjalistami – psychologiem i dietetykiem – które bardzo spokojnie, bez straszenia i bez moralizowania pokazują, jak aktywność fizyczna wpływa nie tylko na ciało dzieci, ale też na ich emocje, poczucie własnej wartości i codzienne funkcjonowanie.

Szczególnie cenne są jednak historie zwyczajnych rodzin. Rodziców, którzy zauważyli, że ekran zaczyna zajmować w domu coraz więcej miejsca. I którzy zaczęli coś z tym robić. Bez wielkich rewolucji, bez spektakularnych zmian, raczej małymi krokami. Wspólny spacer po kolacji. Wycieczka rowerowa w weekend. Proste pomysły, które zmieniają rodzinne nawyki.

Ta książka bardzo dobrze pokazuje, że nie chodzi o to, by nagle wychować zawodowego sportowca. Chodzi raczej o coś znacznie ważniejszego: o ruch, który staje się naturalną częścią życia. O czas spędzony razem. O budowanie zdrowych nawyków i przekonanie dzieci, że świat jest dużo większy niż ekran telefonu.

Dlatego gdybym mogła, wręczyłabym tę książkę wielu rodzicom. Bo mam poczucie, że po kilku stronach pojawia się bardzo prosta myśl: może zamiast jeszcze chwili przed ekranem warto po prostu wstać i wyjść razem z dzieckiem na spacer.

A od takich spacerów zaczynają się czasem całkiem duże zmiany.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *