6+,  7+,  8+,  9+,  Serie,  Z humorem

Dagfrid – córka wikinga. Seria książek dla dzieci, którą pokochacie od pierwszej strony

Największym problemem Dagfrid nie są smoki, sztormy ani dalekie morskie wyprawy. Największym problemem Dagfrid są dorośli. A właściwie ich przekonanie, że wiedzą najlepiej, jak powinna wyglądać, co powinna robić i kim powinna zostać. Że na rodzinne spotkanie powinna zakładać długie suknie, układać włosy w nieszczęsne buły po bokach głowy, zajmować się domem i nie zadawać zbyt wielu pytań. Na szczęście Dagfrid ma na ten temat własne zdanie. I całe szczęście, bo właśnie dzięki temu jest jedną z najbardziej wyrazistych, zabawnych i prawdziwych bohaterek dziecięcych, jakie spotkałam w ostatnich latach.

To dziewczynka, która nie buntuje się dla zasady. Ona po prostu uważnie przygląda się światu i próbuje go zrozumieć. A kiedy coś wydaje jej się niesprawiedliwe, nielogiczne albo zwyczajnie dziwne, mówi o tym głośno. Nie rozumie, dlaczego jej brat ma trochę więcej swobody. Nie rozumie, dlaczego dziewczynki powinny lubić rzeczy, których ona szczerze nie cierpi. A nawet nie rozumie też, dlaczego wszyscy wokół tak bardzo kochają śmierdzące ryby. I właśnie te pytania sprawiają, że świat wikingów oglądany jej oczami staje się jednocześnie fascynujący i przezabawny.

Dagfrid, czyli bohaterka, którą po prostu się lubi

W pierwszych tomach serii – „Dagfrid. Córka wikinga” oraz „Dagfrid. Bunt na pokładzie” – poznajemy nie tylko samą bohaterkę, ale także jej niezwykle barwną rodzinę. Mamę, która próbuje przemycać córce śmierdzące ryby w posiłkach (np. w sushi). Tatę, który wprawdzie jest wikingiem, ale niekoniecznie marzy o wielkich wyprawach i polowaniach. Brata, który z jednej strony bywa irytujący, a z drugiej jest po prostu starszym bratem ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Największą siłą tych książek jest jednak sposób narracji. To Dagfrid opowiada nam o swoim świecie. Dzięki temu wszystko nabiera wyjątkowego charakteru. Zwyczaje wikingów, rodzinne rytuały, codzienne obowiązki czy społeczne oczekiwania wobec dziewczynek i chłopców oglądamy przez filtr dziecięcej logiki, spostrzegawczości i poczucia humoru. A dziecięca logika ma tę niezwykłą moc, że często bezbłędnie wyłapuje absurdy, których dorośli już nawet nie zauważają.

Uwielbiam tę serię właśnie za ten przewrotny humor. Za błyskotliwe dialogi. Za to, że potrafi rozśmieszyć dzieci, a dorosłym dyskretnie przypomnieć, jak wygląda świat widziany oczami kilkuletniego człowieka. To książki pełne humoru i ciepła, a jednocześnie bardzo mądre.

Nowe tomy Dagfrid pokazują, co naprawdę jest ważne

W najnowszej części, „Dagfrid i wymarzone zwierzątko”, bohaterka mierzy się z marzeniem, które doskonale rozumie chyba każde dziecko. Bo przecież trudno znaleźć dziecko, które choć raz nie pomyślało o własnym zwierzaku. O przyjacielu tylko dla siebie. O kimś, kto będzie czekał, towarzyszył i po prostu był obok.

Dagfrid także bardzo chciałaby mieć zwierzątko. Zwłaszcza że czasami zwyczajnie się nudzi. Wszyscy wokół mają swoje sprawy, obowiązki albo własnych przyjaciół. Kot wydaje się idealnym rozwiązaniem. Problem w tym, że podobno starszy brat ma na koty alergię. A może wcale nie? Może to tylko wygodna wymówka? Na szczęście jest babcia (bardzo charakterna), która wpadnie na świetny pomysł. Może ślimak? Ta pełna humoru historia pięknie pokazuje dziecięce marzenia, tęsknotę za własnym małym przyjacielem i to, że czasami szczęście przychodzi w zupełnie nieoczekiwanej formie.

Z kolei „Dagfrid. Jutro będzie futro” zabiera czytelników aż na Grenlandię. Rodzina wybiera się na ślub kuzynki Heldy i już sam ten fakt zwiastuje mnóstwo zamieszania. Jak przystało na wikingów, uroczystość jest wielkim wydarzeniem, na którym nie może zabraknąć nikogo z rodziny.

„Dagfrid” to seria dowcipna i mądra.

Pod warstwą zabawnych sytuacji kryje się jednak opowieść o czymś znacznie ważniejszym. O relacjach i emocjach. O tym, że rzeczywistość bardzo często okazuje się zupełnie inna niż nasze wyobrażenia. I o tym, że nie warto martwić się na zapas. I o tym, że nawet jeśli rodzina czasem doprowadza nas do szaleństwa, to właśnie w niej najczęściej odnajdujemy największą siłę i poczucie bezpieczeństwa.

Całą serię kocham za humor, za fantastyczne ilustracje, za lekkość opowiadania o ważnych sprawach i za format idealny dla początkujących czytelników. To niewielkie książki, które świetnie sprawdzą się podczas samodzielnego czytania, ale równie dobrze podczas wspólnego czytania na głos. Nic dziwnego, że biorą udział w kampanii Tata Też Czyta – trudno o lepszy pretekst do wspólnego śmiechu i rozmów.

Ale przede wszystkim kocham tę serię za samą Dagfrid. Za jej odwagę w zadawaniu pytań. Za ciekawość świata. I za to, że czasem się buntuje, bo dzieci powinny się buntować. Powinny sprawdzać, zastanawiać się, kwestionować i szukać własnych odpowiedzi. Tylko wtedy mogą naprawdę odkryć, kim są.

Dagfrid robi to wszystko z humorem, wdziękiem i charakterem, którego nie sposób podrobić. I właśnie dlatego po zamknięciu czwartego tomu pozostaje tylko jedno uczucie: ogromna nadzieja, że to jeszcze nie koniec jej przygód.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *