4+,  5+,  6+,  7+,  8+,  O ekologii,  Picturebook,  Z humorem

„Mors w ogrodzie” – recenzja książki dla dzieci

Takie książki dla dzieci uwielbiam. I właśnie takie chyba najchętniej polecam. Takie, które bawią się wyobraźnią, mają w sobie humor, zaskakują i zostawiają czytelnika z pytaniem, o którym chce się jeszcze długo rozmawiać. Bo pod warstwą zabawnej historii kryje się coś znacznie ważniejszego.

W książce „Mors w ogrodzie” pewnego pięknego, letniego dnia wydarza się rzecz zupełnie nieprawdopodobna. Tata podlewa trawnik, mama odpoczywa z książką na leżaku i nagle… z nieba spada mors. Wielki mors. Na szczęście ląduje na spadochronie, więc robi to całkiem miękko. Niestety – prosto na mamę, która później bierze kąpiel dwadzieścia razy dziennie i uprzedza się do zaskakującego gościa.

Najbardziej urzeka mnie jednak reakcja rodziny. Nikt nie wpada w panikę. Nikt nie dzwoni po służby ani nie próbuje natychmiast pozbyć się nieproszonego gościa. Zamiast tego wszyscy z ciekawością przyglądają się morsowi. Nadają mu imię – Gienio, zastanawiają się, czym go nakarmić, jak zapewnić mu wodę, co zrobić z jego nieświeżym oddechem i z jego ogromną kupą. Jedynie mama przez chwilę pozostaje nieco obrażona na całą sytuację.

Szybko okazuje się jednak, że mors nie jest zwierzakiem, którego można po prostu zatrzymać w ogrodzie. Potrzebuje czegoś więcej. Potrzebuje domu.

Humor, wyobraźnia i ważna rozmowa o przyrodzie

To właśnie tutaj ta historia robi się naprawdę piękna. Rodzina wpada na pomysł, by najpierw dowiedzieć się, skąd Gienio przybył, a potem pomóc mu wrócić do domu. Finalnie wyruszą razem balonem w niezwykłą podróż, w której jak się okaże, nie będą jedyni.

Zachwyciła mnie ostatnia rozkładówka. Autor niczego nie tłumaczy wprost. Widzimy jedynie inne balony unoszące się na niebie. Ktoś wiezie niedźwiedzia polarnego, ktoś inny łosia, jeszcze ktoś surykatki. Zwierzęta najwyraźniej coraz częściej lądują w ludzkich ogrodach. Dlaczego? To pytanie zostaje już z czytelnikiem.

Bardzo lubię książki, które nie podają gotowych odpowiedzi. Jest tu humor, absurd i mnóstwo przestrzeni dla dziecięcej wyobraźni, ale jest też subtelnie opowiedziana historia o empatii i odpowiedzialności za zwierzęta. Bo przecież jeśli lodowce będą znikać, to co stanie się z ich mieszkańcami? Gdzie znajdą swoje miejsce?

Jest tu również zdanie, które świetnie oddaje charakter całej książki:

„Wiem, że to brzmi dziwnie, ale radzę wam spojrzeć od czasu do czasu w niebo, bo pewnego dnia całkiem niespodziewanie coś może wylądować w waszym ogrodzie.”

I właśnie o to chodzi. Żeby od czasu do czasu spojrzeć tam, gdzie zazwyczaj nie zaglądamy. Pozwolić sobie na odrobinę wyobraźni. Na luz, na puszczenie kontroli.

Ilustracje, do których chce się wracać

Ogromnym atutem książki są ilustracje Soni Pulido – artystki z Barcelony specjalizującej się w grafice i druku. Mają charakterystyczny, lekko kolażowy, bardzo graficzny styl. Są pełne humoru, świetnie współgrają z tekstem i same opowiadają historię.

Autorem książki jest Alex Nogués, który studiował geologię i paleontologię. Sam mówi, że pisze po to, aby lepiej rozumieć siebie i świat. Trudno nie odnieść wrażenia, że właśnie taka myśl przyświecała również tej opowieści. To historia lekka, dowcipna, ale jednocześnie bardzo uważna wobec natury.

Doceniam także świetne tłumaczenie Karoliny Jaszckiej, która mieszka w Barcelonie i doskonale zachowała rytm oraz poczucie humoru oryginału.

Polecam „Morsa w ogrodzie” dzieciom od około czwartego roku życia. To krótka historia, do której będzie się wracać wielokrotnie. Można ją po prostu przeczytać i dobrze się bawić, ale można też wykorzystać jako punkt wyjścia do rozmów albo zabaw. Jakie zwierzę mogłoby wylądować w waszym ogrodzie? Jak miałoby na imię? I dokąd należałoby je odprowadzić?

To jedna z tych książek, które pokazują, że najlepsze opowieści zaczynają się od rzeczy pozornie niemożliwych. A potem zostają z nami na długo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *