„Animarium. Wybrańcy ukrytego świata”, Malina Prześluga – nowa seria fantasy dla dzieci
Uwielbiam moment, kiedy otwieram książkę i po kilku stronach czuję, że grunt pod nogami zaczyna się delikatnie przesuwać. Że to, co wydawało się zwyczajne, jest tylko cienką warstwą rzeczywistości, pod którą pulsuje coś znacznie bardziej fascynującego. Bo co, jeśli świat, który widzimy każdego dnia, wcale nie jest jedynym? Co, jeśli przedmioty pamiętają więcej niż my, latarnie naprawdę coś widzą, a tuż obok naszej codzienności istnieje jeszcze inna rzeczywistość? Taka, o której po prostu dawno zapomnieliśmy? „Animarium” Maliny Prześlugi właśnie z taką obietnicą mnie do siebie przyciągnęło.
W naszej codzienności łatwo uwierzyć, że świat, który widzimy, jest jedynym istniejącym. To przecież logiczne, prawda? To, co możemy dotknąć, zobaczyć, nazwać, wydaje się kompletne. Ale co, jeśli to tylko fragment?
Co, jeśli obok nas istnieje jeszcze inna rzeczywistość? Zamieszkana przez wszystko to, co na co dzień uznajemy za zwyczajne, nieruchome albo po prostu niezauważalne? Przedmioty. Rośliny. Zwierzęta. Istoty, których obecności nawet nie dostrzegamy.
Malina Prześluga stworzyła świat absolutnie niezwykły. Świat, w którym okazuje się, że człowiek wcale nie jest centrum wszechświata. I z jednej strony może to być myśl odświeżająca i potrzebna, a drugiej – jednak trochę uwierająca.
Bo nie jesteśmy tutaj panami i władcami. Nie jesteśmy najważniejszym ogniwem rozwoju. Możemy być opiekunami. Ogrodnikami. Czułymi obserwatorami. Ale pycha? Przekonanie, że wszystko zostało stworzone dla nas? To może być bardzo niebezpieczna droga.
Właśnie ta myśl wybrzmiewa tu pięknie, mocno i nieco niepokojąco.

Florentyna i Leo — bohaterowie, których naprawdę się lubi
W centrum tej historii są Florentyna i Leo — dwójka przyjaciół urodzonych tego samego dnia, o tej samej godzinie, a jednak zupełnie różnych. Takich, którzy naprawdę brzmią jak dzieci. Którzy żartują, ironizują, przekomarzają się, wspierają, czasem się irytują, ale przede wszystkim są autentyczni.
Pewnego dnia oboje zostają wciągnięci w tajemnicę, która, co szybko staje się jasne, nie wydarza się przypadkiem. Początkowo wydaje się, że wybrańcem misji zjednoczenia świata realnego i ŻywoŚwiata, jest Florentyna. Chwilę później nasza uwaga przekierowana zostanie na Leo. Nie mogłam pozbyć się skojarzenia z Neo z „Matrixa”. Zresztą Malina Prześluga sama nawiązuję do innych tekstów kultury. Do baśni, bajek, kina, animacji. Może Leo jest jak Jedenastka ze „Stranger Things”? Zresztą momentami naprawdę czułam klimat tego serialu. Ten lekki niepokój. Tajemnica pulsująca pod powierzchnią zwyczajnego świata. Przekonanie, że coś istnieje tuż obok, ale większość ludzi tego nie dostrzega.

Na początku jednak Leo przybiera postać… gołębia. Nie jest to majestatyczny orzeł. Nie feniks. Też nie magiczny kruk. Tylko gołąb. Taki, który czasem tańczy nieco głupkowato i bywa mało elegancki wobec przechodniów. A jednak to działa fantastycznie. Jest w tym humor, dystans i ogromna lekkość.
Ale jest też myśl, która pojawi się nieco później w tej w historii, że kiedy naprawdę tęsknimy za sobą, za swoją prawdziwą tożsamością, to możemy do siebie wrócić. I to już przestaje być tylko fantastyczna przygoda. Będzie w niej naprawdę dużo więcej.
A kto będzie wybrańcem? Może i Leo, i Florentyna?
Animarium Maliny Prześlugi— świat, który oplata jak bluszcz
Uwielbiam światy stworzone z rozmachem. Takie, które mają własne zasady, własny język, własne istoty i historię. Tutaj dostałam to wszystko. I całą plejadę fantastycznych postaci: anikamby, aniresy, znikańce, fatamorgi, watcherzy, ponagleńcy, tworzyciele.
Pierwszy tom – „Wybrańcy ukrytego świata” – jest dla mnie pewnego rodzaju uchyleniem kurtyny tego świata. Zaglądamy za nią razem z Florentyną i Leo, poznajemy Animarium krok po kroku, uczymy się jego zasad, oswajamy jego mrok, jego humor i dziwność.
I to jest wspaniałe uczucie, bo Malina Prześluga nie wrzuca czytelnika na głęboką wodę bez koła ratunkowego. Prowadzi, pokazuje, objaśnią. A jednocześnie zostawia wystarczająco dużo tajemnicy, żeby chcieć więcej. Ten świat naprawdę oplata czytelnika jak bluszcz.

„Animarium” to nie tylko fantasy, przygoda i zabawa
„Animarium” mówi o rzeczach bardzo uniwersalnych. O uważności, o relacji człowieka z naturą, o odpowiedzialności. To opowieść o dojrzewaniu, przyjaźni, rodzinnych relacjach i tęsknocie za byciem sobą. Też o odwadze, zgodzie i harmonii. A w końcu o tym, że czasem trzeba otworzyć serce na coś, czego jeszcze nie rozumiemy.
Florentyna i Leo nie przeżywają po prostu wakacyjnej przygody. Oni dojrzewają. Zaczynają rozumieć, że świat nie kończy się na ich codziennych sprawach, dziecięcych troskach czy rodzinnych relacjach. Nagle stawką jest coś znacznie większego – połączenie dwóch światów i zaprowadzenie pokoju i harmonii.


Wydanie, które magnetyzuje
Jeśli ktoś mówi, że nie wybiera się książek po okładce, to dla tej książki warto zrobić odstępstwo. Bo „Animarium” aż prosi, żeby po nie sięgnąć. Mamy grubą, starannie wydaną książkę. Matowe strony. Barwione brzegi. Złocenia. Błyszczące litery.
I to oko. To spojrzenie, które naprawdę coś obiecuje. Mrok? Tajemnicę? Przygodę? Magię? To jest dokładnie taki typ okładki, który działa jak magnes. A potem okazuje się, że zawartość absolutnie dorównuje oprawie.

Fantastyka w polskich realiach
To książka dla dzieci, które kochają fantastykę, tajemnice, alternatywne światy i opowieści, w których rzeczywistość okazuje się dużo bardziej niezwykła, niż sądziliśmy. A do tego chcą być blisko bohaterów i widzieć to, co oni. Ogromnie cieszę się, że ta historia osadzona jest w polskich realiach (znaczą część rozgrywa się w Poznaniu). Dzięki temu polskiemu czytelnikowi jeszcze łatwiej będzie zrozumieć i wyobrazić sobie konkretne miejsca, zachowania ludzi, językowe żarty.
„Animarium” Maliny Prześlugi to książka pełna przygody, humoru, mroku, czułości i ważnych pytań.
A zakończenie? Oczywiście takie, że natychmiast chce się drugi tom. Czekam niecierpliwie!
„Animarium. Wybrańcy ukrytego świata”, Malina Prześluga
Wydawnictwo Dwie Siostry, 2026
Wiek: 9+


