9+,  Dla nastolatków

„Między sytością a wiecznością” – baśnie, które zostają w człowieku

Kiedy czytam tę książkę, świat wokół mnie jakby się kurczy. Powietrze gęstnieje, robi się trochę duszno, chwilami niespokojnie. Jakby ktoś otulił mnie delikatnym szalem z woalu, który z jednej strony jest miękki i przyjemny, a z drugiej lekko osacza. I kiedy już zaczynam odczuwać tę dziwną ciasnotę, przez mgłę przebija się świetlisty promyk. Nagle okazuje się, że powietrza jest pod dostatkiem. Że można oddychać pełną piersią. Że świat jest ogromny, a dobra w nim i w nas samych jest znacznie więcej, niż czasem nam się wydaje.

Trochę tak właśnie mam z baśniami Katarzyny Jackowskiej-Enemuo.

Kiedy sięgam po jej opowieści, wiem, że nie mogę czytać ich w biegu. Nie mogę otworzyć książki między jednym kęsem śniadania a drugim, zerkać na zegarek, myślami być już przy kolejnych obowiązkach. Te historie potrzebują czasu. Spokoju. Uważności. Potrzebują chwili, w której pozwolę im wybrzmieć, a sobie naprawdę w nich pobyć.

I taka właśnie jest książka „Między sytością a wiecznością”.

To zbiór sześciu niezwykłych baśni, legend i opowieści, które snują się niczym długa nić łącząca człowieka z naturą, naturę z kolejnym człowiekiem, ludzi z ziemią, niebem, drzewami, zwierzętami i księżycem. Wszystko tutaj jest ze sobą splecione. Wszystko na siebie oddziałuje. Nic nie istnieje zupełnie osobno.

Jest w tych opowieściach magia. Taka, której nie trzeba tłumaczyć, bo raczej się ją przeczuwa, niż rozumie.

A u źródła każdej z tych historii znajduje się coś tak zwyczajnego, tak bliskiego naszej codzienności, że rzadko zastanawiamy się nad jego głębszym znaczeniem.

Jedzenie. Pokarm. To, co nas karmi, syci i utrzymuje przy życiu.

To, co poprawia nam humor, daje siłę do pracy, pozwala przetrwać. To, wokół czego spotykamy się z bliskimi, świętujemy, rozmawiamy, ucztujemy. To, czym dzielimy się z innymi, czym okazujemy troskę, miłość i gościnność.

Katarzyna Jackowska-Enemuo przygląda się jedzeniu od zupełnie innej strony. Odsłania jego magiczne, symboliczne, niemal mistyczne oblicze. Snując opowieści o ludziach, pokazuje, jak bardzo ich losy splatają się z tym, co daje im ziemia.

Jest tu miejsce dla jajka, mleka, soli, maku, jęczmienia i złocistego miodu.

Każdy z tych pokarmów przez wieki znaczył przecież znacznie więcej niż tylko coś, czym można napełnić pusty brzuch. Pokarmy składano w ofierze bogom, proszono za ich pośrednictwem o pomyślność, zdrowie, urodzaj i dostatek. Miały moc uzdrawiania, chronienia, jednoczenia ludzi. Towarzyszyły narodzinom, śmierci, świętom, rytuałom i codziennym troskom.

Były częścią życia, ale też częścią ludzkich wierzeń, nadziei i lęków.

I nagle zwyczajne jajko przestaje być tylko jajkiem. Mleko nie jest już wyłącznie mlekiem. A garść maku, szczypta soli czy kropla miodu zaczynają nieść w sobie całe historie. Historie ludzi, którzy żyli przed nami, którzy kochali, bali się, pragnęli, cierpieli i szukali szczęścia.

Bo przecież jedzenie ma w sobie coś niezwykłego. Potrafi nas uspokoić, ukoić, uleczyć. Może rozgrzewać, dodawać sił, przynosić radość. Ale może też burzyć krew, budzić niepokój, rozpalać pragnienia. Głód potrafi zmienić człowieka. Sytość również.

I o tym wszystkim, choć nie zawsze wprost, opowiadają te baśnie.

Co właściwie znajduje się między sytością a wiecznością?

Zatrzymuję się też przy samym tytule tej książki. „Między sytością a wiecznością”. Co właściwie znajduje się pomiędzy nimi?

Zastanawiam się, czy kiedy jesteśmy syci, czujemy się bliżej wieczności. Czy sytość daje nam takie poczucie pełni, bezpieczeństwa, jakby przez chwilę niczego nam nie brakowało, jakbyśmy mogli trwać w tym stanie bez końca? A może chodzi o coś zupełnie innego? O życie, które trwa dalej, nawet kiedy nas już nie ma? O to, co po sobie zostawiamy?

Nie wiem. Nie potrafię do końca przeniknąć tego tytułu.

Ale chyba właśnie to mi się w nim podoba. Że pozostawia mnie z pytaniami. Że nie daje jednej odpowiedzi, tak jak nie dają jej same baśnie. Bo przecież można je odczytywać na bardzo różne sposoby. Można odnaleźć w nich siebie, można zobaczyć kogoś bliskiego, można rozpoznać jakieś własne emocje, lęki, pragnienia. A za jakiś czas wrócić do tej samej opowieści i zobaczyć w niej coś zupełnie innego.

Kiedy baśń spotyka się z historią

Bardzo podoba mi się również to, że każdą opowieść zamyka krótka część popularnonaukowa, przybliżająca znaczenie danego pokarmu w kulturze, wierzeniach i historii ludzkości.

Możemy dowiedzieć się, jak przez wieki postrzegano mak, jajko, mleko czy miód. Jakie przypisywano im właściwości, z czym je kojarzono, jakie miejsce zajmowały w dawnych obrzędach i zwyczajach.

I nagle magia baśni zaczyna przenikać do naszej codzienności. Bo przecież te wszystkie produkty wciąż są z nami. Leżą na kuchennych półkach, stoją w lodówkach, pojawiają się na naszych stołach. Sięgamy po nie niemal bez zastanowienia. A po przeczytaniu tej książki trudno patrzeć na nie dokładnie tak samo.

Może następnym razem, kiedy wezmę do ręki jajko albo posłodzę herbatę miodem, przypomnę sobie jedną z tych historii? Może pomyślę o ludziach, którzy setki lat temu robili dokładnie to samo, choć świat wokół nich wyglądał zupełnie inaczej?

Lubię takie książki. Takie, które nie tylko zabierają mnie gdzieś daleko, do świata wyobraźni, ale też sprawiają, że po powrocie trochę inaczej patrzę na to, co mam tuż obok siebie.

Uczta, czyli o tym, co naprawdę nas karmi

A potem przychodzi ostatni rozdział. „Uczta”

To właśnie on poruszył mnie w sposób szczególny. Jest w tej opowieści tyle szczodrości, radości, otwartości na drugiego człowieka. Tyle ciepła płynącego z samej idei bycia razem. Bo czym właściwie jest uczta? Czy chodzi tylko o jedzenie? O pięknie zastawiony stół, obfitość potraw, zapachy unoszące się z kuchni?

A może przede wszystkim o ludzi, którzy przy tym stole zasiądą? O rozmowy, śmiech, bliskość. O dzielenie się tym, co mamy. I o czas, który możemy sobie nawzajem podarować.

Ta książka zaprasza nas również do przygotowania własnej uczty. Do zastanowienia się, gdzie mogłaby się odbyć, kogo chcielibyśmy na nią zaprosić, kto co przyniesie, jakie potrawy pojawią się na stole. O czym będziemy rozmawiać? Co będziemy świętować? Po co właściwie chcemy się spotkać?

I jest w tym zaproszeniu coś niezwykle pięknego.

Bo przecież jedzenie od zawsze nas łączyło. Było pretekstem do spotkań, budowania wspólnoty, okazywania wdzięczności. Uczta nie musiała oznaczać wyłącznie obfitości pokarmów. Mogła być świętem samego bycia razem. W codziennym pośpiechu łatwo nam o tym zapomnieć.

A ta opowieść przypomina, że czasem największym bogactwem nie jest to, ile mamy na stole, ale z kim możemy się tym podzielić. I właśnie ta myśl bardzo mnie wzrusza.

Baśnie, którym warto pozwolić w sobie pomieszkać

Nie umiem do końca wyjaśnić, dlaczego książki Katarzyny Jackowskiej-Enemuo tak mocno na mnie działają.

Jest w jej pisaniu jakiś niezwykły rodzaj wrażliwości. Umiejętność splatania tego, co ludzkie, z tym, co należy do świata natury. Tego, co codzienne i namacalne, z tym, co tajemnicze, duchowe, nieuchwytne. W połączeniu z ilustracjami Niki Jaworowskiej-Duchlińskiej powstaje książka, która ma dla mnie niemal metafizyczny wymiar.

Jestem nią poruszona. Czasem zaniepokojona. Czasem trochę zasmucona. Ale jednocześnie daje mi ona ogromnie dużo szczęścia. Takiej cichej, głębokiej radości, której nie sposób sprowadzić do jednego zdania. Bo emocje w tych opowieściach są bardzo różnorodne. Tak jak różnorodne jest samo życie.

Dlatego nie czytałabym tej książki za jednym zamachem. Dawkowałabym ją sobie powoli. Jedna baśń, potem chwila ciszy. Może dzień, może kilka dni przerwy. Czas na własne myśli, na pytania, na obrazy, które zostały pod powiekami. Chciałabym, żeby każda z tych historii mogła we mnie trochę pomieszkać. Porezonować. Ułożyć się gdzieś głęboko, a potem niespodziewanie odezwać się po jakimś czasie zupełnie nowym brzmieniem.

Bo mam poczucie, że właśnie tak warto czytać tę książkę. Bez pośpiechu. Bez potrzeby natychmiastowego zrozumienia wszystkiego. Z otwartością na to, co przyniesie.

I jeszcze jedno. Nie zamykałabym jej w żadnych sztywnych ramach wiekowych. Myślę, że można zaproponować ją dzieciom od około dziewiątego, dziesiątego roku życia, ale jestem przekonana, że równie wiele, a może nawet więcej, odnajdą w niej dorośli.

To jedna z tych książek, które mogą towarzyszyć człowiekowi na różnych etapach życia. Za każdym razem odsłaniając przed nim coś innego.

I jeszcze te ilustracje!

Nika Jaworowska-Duchlińska stworzyła obrazy, które są dla mnie równie niezwykłe jak same opowieści. Intensywne, nasycone kolorami, wręcz syte barwami. Malarskie, symboliczne, pełne ukrytych znaczeń. Bywają trudne, trochę mroczne, niepokojące. Nie zawsze od razu wiem, co właściwie widzę, co mam w nich odnaleźć. Ale nie mogę oderwać od nich wzroku.

Jest w nich coś bardzo intrygującego. Jakaś tajemnica, coś nieuchwytnego, co doskonale współgra z charakterem tych baśni. Mam wrażenie, że te obrazy nie tyle ilustrują tekst, ile dopowiadają go na swój własny sposób. Tworzą osobną opowieść, którą można czytać oczami.

I to połączenie talentu Katarzyny Jackowskiej-Enemuo z malarską wyobraźnią Niki Jaworowskiej-Duchlińskiej jest dla mnie czymś naprawdę wyjątkowym.

„Między sytością a wiecznością” jest dla mnie opowieścią o pokarmie, ale jeszcze bardziej o człowieku. O jego głodzie i sytości. O potrzebie bliskości, bezpieczeństwa, miłości. I o tym, jak mocno jesteśmy związani z naturą i jak bardzo potrzebujemy siebie nawzajem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *