7+,  8+,  9+,  Dla nastolatków,  O przyjaźni i relacjach,  Serie

„Pożrekadło” Marcina Szczygielskiego – recenzja. U Rodomiłów nic nie jest w porządku!

Za każdym razem, kiedy biorę do ręki kolejny tom „Domu Rodomiłów” Marcina Szczygielskiego, z ilustracjami Marty Krzywickiej, wiem, że muszę poczekać na odpowiedni moment. Nie inaczej było z najnowszą, szóstą częścią tej niezwykłej serii, zatytułowaną „Pożrekadło”. Najlepiej, żeby za oknem było już ciemno. Żeby deszcz zacinał o szyby, wiatr szarpał gałęziami, a w domu panowała cisza, w której każdy podejrzany szmer brzmi jak zapowiedź czegoś niedobrego.

„Dom Rodomiłów” to bowiem seria z dreszczykiem. A właściwie pełnoprawny horror dla dzieci, w którym od wszelkiej maści upiorów można dostać zawrotu głowy. Borboraki, tęsknice, latawice, zmory, a teraz jeszcze pożrekadło. Marcin Szczygielski w potworach zdecydowanie nie przebiera. Bywa mrocznie, strasznie, czasami wręcz obrzydliwie. Ale jest coś, co sprawia, że zamiast chować się pod kołdrę, człowiek wybucha śmiechem.

Humor. I to jaki!

Błyskotliwy, inteligentny, podszyty ironią i sarkazmem. Dialogi są ostre jak brzytwa, obserwacje celne, a riposty potrafią rozłożyć na łopatki skuteczniej niż niejeden upiór. Autor ma fenomenalne wyczucie języka. Bawi się słowami, przekręca powiedzenia, wymyśla osobliwe przekleństwa i wkłada bohaterom w usta kwestie, które chciałoby się zapamiętywać i cytować.

Choćby takie: „Nie wchodzi się dwa razy do tego samego grobu”. Ja to biorę już jako swoje.

Właśnie dlatego od razu namawiam do wspólnego czytania. Dzieci będą miały dreszczyk emocji, a dorośli dodatkową frajdę z językowych smaczków, aluzji i błyskotliwych dialogów. A wszyscy razem ubaw po pachy. Choć niewykluczone, że od czasu do czasu ktoś będzie musiał zasłonić oczy (albo uszy).

„Pożrekadło” – o czym jest szósty tom „Domu Rodomiłów”?

Zanim przejdę do fabuły „Pożrekadła”, jedno ważne zastrzeżenie: tę serię naprawdę trzeba czytać po kolei. Szósty tom jest bezpośrednią kontynuacją wcześniejszych wydarzeń, szczególnie tych z piątej i czwartej części, kiedy sytuacja zaczęła się już mocno komplikować. Bez znajomości poprzednich przygód łatwo pogubić się w rodzinnych koligacjach, tajemnicach i podróżach w czasie. A uwierzcie, nawet sami Rodomiłowie mają czasem problem z ustaleniem, czy wszyscy krewni są na swoim miejscu.

Wracamy do Warszawy, do domu Nigdzie Indziej, gdzie Hania i jej mama próbują odnaleźć się po dramatycznych wydarzeniach z poprzedniego tomu. Udało się wrócić, uratować najbliższych, ale powodów do świętowania jest niewiele. Potężna srebrna kula, dzięki której możliwe było ocalenie rodziny, pozostała w przeszłości. Brakuje też stryja Alfons i Eufemii. A w domu najprawdopodobniej wciąż czai się coś, czego zdecydowanie nie chcielibyśmy spotkać na własnym korytarzu. Na przykład borborak.

Rodomiłowie ponownie muszą zmierzyć się z niebezpieczeństwem. Tyle że zanim przystąpią do ratowania świata, wypadałoby coś zjeść.

Pierogi, egzorcyzmy i miłość. Co czeka Rodomiłów?

W tej rodzinie jedzenie traktuje się z należytą powagą. Obiady niepostrzeżenie przechodzą w podwieczorki, rozmowy o upiorach w dyskusje o kotletach ziemniaczanych, a nawet podczas egzorcyzmów można znaleźć chwilę na rozważania kulinarne.

Tym razem na stole lądują między innymi pierogi z pieczoną rzepą. Dla miłośników słodkości jest wersja z brzoskwiniami, bananami i wanilią. Przyznaję, fantazji kulinarnej Rodomiłom nie brakuje. Podobnie jak apetytu. Pojawiają się też rozważania, czy mężczyznom do twarzy z niewielkim brzuszkiem. Z tym akurat trudno polemizować, choć wszystko zależy od tego, jak dosłownie potraktujemy owo „do twarzy”.

Ale nie samym jedzeniem człowiek żyje. Nawet u Rodomiłów.

W szóstym tomie robi się również romantycznie. Pojawia się brat Juliana, Pankracy, który nieoczekiwanie zawraca komuś w głowie. Są nieśmiałe uczucia, pierwsze sygnały zainteresowania i odwieczne dylematy: odezwać się od razu czy może poczekać? Napisać wiadomość czy udawać, że nic się nie dzieje? A jeśli już napisać, to co, żeby nie wyjść na desperata? I w co się ubrać na kolejne spotkanie? Miłość, jak widać, potrafi być równie skomplikowana jak walka z siłami nieczystymi.

I właśnie za takie połączenia uwielbiam Marcina Szczygielskiego. W jednej chwili śledzimy niepokojące poczynania upiorów, w następnej uczestniczymy w rodzinnej rozmowie o jedzeniu, a chwilę później z wypiekami na twarzy śledzimy miłosne uniesienia.

Wszystko to jest zaskakująco naturalne. A przy tym piekielnie zabawne.

Nie wchodzi się dwa razy do tego samego grobu

Nie zabraknie oczywiście egzorcyzmów, rodzinnych tajemnic i kolejnych spotkań z upiorami. Rodomiłowie próbują wydobyć informacje od latawicy, która wciąż tkwi w cioci Heli. A przy okazji możemy nacieszyć uszy osobliwymi powiedzonkami i przekleństwami, brzmiącymi jak żywcem wyjęte ze starodawnego podręcznika do przepędzania sił nieczystych.

Ten język jest dla mnie jedną z największych przyjemności z czytania „Domu Rodomiłów”. Niby archaiczny, groźny, pełen dziwacznych określeń, a jednocześnie tak zabawny, że aż mam ochotę używać go na codzień.

Tymczasem zagadka srebrnej kuli wciąż pozostaje nierozwiązana. Pojawia się również tajemniczy rodowy klucz, od lat przechowywany przez rodzinę sąsiada Chichotka. Podobno niezwykle cenny, tyle że do niczego nie pasuje. Jakby problemów było mało, Rodomiłowie muszą znaleźć sposób, by ponownie przedostać się do Domu Gdzie Indziej.

Dawnej makabramy już nie ma. Na szczęście dziadek Gerard ma pomysł.

I tak powstaje makabranna.

Nie, to nie literówka. Nowy portal wygląda jak upiorna lekcja anatomii w prosektorium. Ma żebra na wierzchu i zdecydowanie nie przypomina czegoś, do czego człowiek chciałby wejść z własnej woli.

Ale Rodomiłowie nie mają wyboru. A kiedy wydaje się, że rodzinnych komplikacji jest już wystarczająco dużo, do domu wracają krewni, których od pewnego czasu brakowało. I to nie sami.

A przecież najgorsze może być dopiero przed nimi.

„Dom Rodomiłów” – niezwykła opowieść o rodzinie

Powiem Ci co w tym całym upiornym zamieszaniu, sprawia, że tak chętnie wracam do Rodomiłów. Coś znacznie ważniejszego niż zagadki, portale i potwory. To rodzina.

Bardzo różnorodna, nieidealna, pełna osobowości, charakterów, przyzwyczajeń i słabości. Każdy ma tutaj swoje potrzeby, marzenia, zainteresowania i uczucia. Jedni są odważniejsi, inni bardziej niepewni. Ktoś szuka miłości, ktoś akceptacji, ktoś potrzebuje wsparcia, a ktoś po prostu chciałby wreszcie spokojnie zjeść obiad.

I choć potrafią się przekomarzać, sprzeczać i dogryzać sobie z wyjątkową finezją, kiedy przychodzi zagrożenie, działają razem.

Bo Rodomiłowie wiedzą, że zło trzeba powstrzymać. Ale wiedzą też, że nie da się tego zrobić bez wzajemnego zaufania, troski i empatii. Pod warstwą grozy, groteski i niekiedy naprawdę obrzydliwych scen kryje się opowieść o bliskości. O tym, jak bardzo się od siebie różnimy i jak wiele możemy osiągnąć, kiedy jesteśmy razem.

„Pożrekadło” – moja opinia o książce Marcina Szczygielskiego

Mam ogromną słabość do „Domu Rodomiłów”. Za klimat, którego nie da się podrobić. Za wyobraźnię autora, za niesamowite przygody, tajemnice i zagadki. I za bohaterów, którzy są tak wyraziści, że po kilku tomach ma się wrażenie, jakby znało się ich od lat.

Ale przede wszystkim za dialogi.

W „Pożrekadle” Marcin Szczygielski osiąga, moim zdaniem, mistrzostwo. Ironia, sarkazm, błyskotliwe puenty, trafne obserwacje ludzkich zachowań — wszystko jest tu znakomicie wyważone. Ten humor nie polega na prostych żartach. Wynika z charakterów bohaterów, ich relacji, sposobu myślenia i patrzenia na świat.

Dlatego jestem przekonana, że dorośli będą się przy tej serii bawić równie dobrze jak dzieci. A może nawet lepiej, bo wyłapią dodatkowe smaczki, aluzje i językowe niuanse.

Nie znam drugiej takiej serii. I piszę to z pełną świadomością tych słów.

Jeśli więc szukasz książek z dreszczykiem dla dzieci na długie, jesienne wieczory — zapraszam do Rodomiłów. Tylko koniecznie zacznij od pierwszego tomu. I może uprzedź, że wpadniesz.

Rodomiłowie nie lubią niezapowiedzianych gości.

Wcześniejsze tomy:

„Kwiatokosy”

„Szkieletnicy”

„Makabrama”

„Neomama”

„Czarnóżka”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *