9+,  Dla nastolatków,  Serie

„Szkoła Szpiegów. Na dziko” – recenzja. Czy 12 tom nadal zaskakuje?

„Szkoła Szpiegów. Na dziko”. Dwunasty tom! Brzmi zacnie. Choć teraz może zastanawiasz się, czy to taka seria, która po prostu kręci się siłą rozpędu, czy może jednak jest w niej coś więcej niż tylko sprawdzony schemat, który doceniają jedynie wierni czytelnicy? To ja Ci powiem, jak jest naprawdę.

Otóż bywa tak, że seria zbiera pokaźne grono czytelników, a potem z każdym kolejnym tomem jedzie na wyrobionej renomie pierwszych części. Ale spokojnie, to nie „Szkoła Szpiegów”.

Naprawdę nie wiem, jak Stuart Gibbs to robi, ale każda kolejna część przygód Bena Ripleya zaskakuje. A „Na dziko” zmienia kierunek torów, jeśli w ogóle w jakieś wpadliśmy. Tym razem bowiem akcja dzieje się w dużej mierze w dzikiej Botswanie, a do tego Ben musi działać w pojedynkę. Bez Eriki, Zoe i Mike’a. A tak naprawdę to w duecie, bo żeby przetrwać w dziczy, musi współpracować z… Murrayem Hillem. A to przecież jego ma dopaść i ostatecznie pokonać. I to jest właśnie doskonały punkt wyjścia dla całej historii.

Weź głównego bohatera, dodaj do niego jego wroga, wrzuć ich do dziczy i… zabierz im wszystko, na czym zwykle mogą polegać. Pomoc przyjaciół? Nie tym razem. Wygodne zaplecze CIA? Zapomnij. Technologia, która wybawi ich z kłopotów? Też niespecjalnie. Za to dorzuć słonie, lwy, hipopotamy, hieny, potworny upał, brak wody i jedzenia. Zamieszaj. Najlepiej kijem, którym przed chwilą odpędzałaś coś, co chciało cię zjeść.

I już robi się ciekawie.

Bo Murray Hill jest tutaj fantastycznym dodatkiem. To jeden z tych bohaterów, przy których nigdy nie wiadomo, czy za chwilę pomoże Benowi, czy wykorzysta pierwszą okazję, żeby ratować własną skórę. Właściwie wiadomo. Murray zawsze będzie ratował własną skórę. Pytanie tylko, co z Benem?

„Szkoła Szpiegów” to misja totalnie na dziko!

Ta przymusowa współpraca daje autorowi mnóstwo okazji do humoru, ale też pozwala pokazać Bena z trochę innej strony. Przez jedenaście poprzednich tomów zdążyliśmy się przyzwyczaić, że obok niego prędzej czy później pojawi się ktoś, kto świetnie walczy, genialnie strzela i na pewno poda mu pomocną dłoń. Tutaj Ben przez sporą część historii musi polegać przede wszystkim na sobie.

I nagle okazuje się, że te wszystkie lata w szkole szpiegów jednak nie poszły na marne.

„Na dziko” podoba mi się tak bardzo dlatego, że Stuart Gibbs nie dodaje do znaj już historii kolejnych warstw, nie podkręca ich jeszcze mocniej, nie podpala. A po prostu zmienia zasady gry. Tyle wystarczy, aby poczuć świeżość, odmienność od wcześniejszych tomów.

Oczywiście fundamenty tej serii nie zmieniają. Nadal mamy akcję, tajemnice, niebezpieczne misje, szpiegowski sznyt i walkę dobra ze złem. Nadal dużo się dzieje i nadal kolejne kłopoty pojawiają się szybciej, niż Ben zdąży uporać się z poprzednimi. Ale pod tą czysto rozrywkową warstwą cały czas dzieje się coś jeszcze. Bohaterowie dorastają, uczą się współpracy, przekonują się, czym jest zaufanie, odwaga i odpowiedzialność. A wraz z nimi dojrzewa sama seria.

Dlatego „Szkoła Szpiegów” wciąż jest jedną z najczęściej polecanych przeze mnie serii dla dzieci w wieku od około dziewięciu lat. Szczególnie tych, które na hasła „akcja”, „tajna misja” i „niebezpieczeństwo” reagują większym entuzjazmem niż na „piękna, wzruszająca opowieść”.

Myślałam, że po jedenastu tomach, wiem już, czego spodziewać się po Benie Ripleyu. No cóż, wystarczyło wysłać go do Botswany z Murrayem Hillem. Wszystkie moje wyobrażenia rozbiły się o kupę słonia.

W jakiej kolejności czytać serię?

„Szkoła Szpiegów”

„Szkoła Szpiegów. Na wakacjach”

„Szkoła Szpiegów. W obozie wroga”

„Szkoła Szpiegów. Na nartach”

„Szkoła Szpiegów. W tajnej służbie”

„Szkoła Szpiegów. Kierunek Meksyk”

„Szkoła Szpiegów. Podbija Europę”

„Szkoła Szpiegów. Na fali”

„Szkoła Szpiegów. Projekt X”

„Szkoła Szpiegów. Kierunek Alaska”

„Szkoła Szpiegów. Na dziko”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *